Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty

Obrońcy spod Wizny

7 września, Wizna, okolice Łomży.

Porucznik Stanisław Brykalski odbywał właśnie kolejną rozmowę z dowódcą SGO „Narew” Władysławem Raginisem. Obaj mężczyźni dobrze się znali, wiedzieli jednak, że już wkrótce niewiele będą mieli czasu na wspólne pogawędki.
- Wykryliśmy oddziały rozpoznawcze 10 Dywizji Pancernej, niestety, doszło do starcia, w którym nasz pluton zwiadowców został rozbity. Tak, Niemcy już nadchodzą. – Porucznik nie wykazywał żadnych oznak strachu, mówił tonem beznamiętnym, tak jakby relacjonował pogodę za oknem.
- Jaki jest stan liczbowy? Nasze fortyfikacje nie są jeszcze ukończone, w dodatku brakuje nam amunicji. Udało się nam sprowadzić dwa karabiny przeciwpancerne, niedługo powinny się nadać. – Raginis wyglądał na bardziej przejętego, choć obaj mężczyźni byli gotów zginąć za ojczyznę, to jednak dowódca lepiej wiedział, jak kosztowna może okazać się porażka.
- Mamy dokładne informacje. Szwaby mają trzy dywizje, ponad czterdzieści dwa tysiące żołnierzy, w dodatku są dobrze uzbrojeni, ponad trzysta pięćdziesiąt czołgów, nieco ponad sześćset pięćdziesiąt moździerzy. W dodatku mogą liczyć na wsparcie Luftwaffe.
- A więc możemy się również spodziewać ataku z powietrza. Cóż, musimy powiadomić o tym resztę naszych ludzi. Heinz Guderianowi jak widać zależy na szybkim przełamaniu naszej linii obrony. Nic w tym dziwnego, dostałem informację od naszego łącznika. Jest szansa na powstanie armii Warszawa, potrzebują jednak czasu, a Niemcy zauważyli co się święci. Zamierzają jak najszybciej dostać się pod stolicę, tam po prostu zdruzgocą naszych. Jesteśmy dla nich ostatnią szansą, nie możemy wygrać, ale możemy wytrzymać. – Ostatnie słowa Raginis wypowiedział cicho, głos mu się załamał, także i do
Brykalskiego doszła cała powaga sytuacji. Byli ostatnią nadzieją dla Polski.



- Ile czasu potrzebują nasi? Mamy ledwo trzystu czterdziestu żołnierzy, nie jesteśmy w stanie stawiać zbyt długo oporu.
- Nie, nie jesteśmy, ale musimy. Dwa dni. Jeżeli do 10 września utrzymamy linię obrony, a Wizno nie zostanie zdobyte, to warszawiacy będą mieli szansę na przegrupowanie się.
Porucznikowi Brykalskiemu po policzkach zaczęły spływać łzy. Klęknął przed swym dowódcą, położył rękę na sercu i powiedział: Przysięgam na mój honor, na moją krew i na moją ojczyznę, że życiem swym zapłacę za przywilej nazywania się Polakiem.
Reginis również począł płakać, i on uklęknął i patrząc się prosto w oczy swojemu oddanemu przyjacielowi powiedział: Walczyć będę do końca, spełniając tym samym swój obowiązek.

8 września, ranek, obóz niemiecki.

- Czy wy naprawdę jesteście aż tak krótkowzroczni? – Generał Guderian nie mógł się wprost nadziwić bezmyślnością swego podwładnego. – Nie potrzebna nam tak duża armia? Owszem, na tych kilka bunkrów na krzyż z pewnością nie potrzebujemy kilkudziesięciu żołnierzy. Co innego gdy znajdziemy się pod Warszawą. Teraz są tam same niedobitki, uchodźcy z innych bitew. Nasz wywiad jednak donosi, że planują oni udać się za rzekę Bug i tam przegrupować oddziały. Potem znów będą się bronić, cholerni Polacy. Nasz XIX Korpus już uderzył, mają jednak problemy ze zdobyciem bunkrów, do południa powinni jednak skończyć z tymi żołnierzykami. Nazajutrz ruszamy pod Warszawę. W ogóle dziwię się, że oni nie chcieli się poddać, z raportów wynika, że mają tylko dwa karabiny przeciwpancerne, w dodatku do każdego tylko dziesięć sztuk amunicji. – Generał Guderian wybuchnął śmiechem, tak, Polacy nie mieli żadnych szans na dotrwanie do południa.

Ten sam dzień, późny wieczór.

- Jak to wytrzymali?! Nie mieli prawa wytrzymać! W dodatku zniszczyli aż czternaście naszych czołgów! DWADZIEŚCIA sztuk amunicji! Jakim cudem zdołali je zniszczyć! Osobiście każę rozstrzelać Falkenhorsta, to on nimi dowodził! Nie, tak nie będzie, od jutra zmieniamy taktykę. Jeśli nasz ostrzał nie jest w stanie sobie poradzić z ich bunkrami, to wykończymy ich pojedynczo. Nasi żołnierze wspierani przez czołgi i Luftwaffe będą zajmowali kolejne umocnienia, stracimy kilkunastu żołnierzy, jednak w kilka godzin złamiemy całą linię obrony.

9 września, noc.

- Jak?! Powiedzcie mi jak?! Zajęliśmy tylko połowę bunkrów! Jakim cudem nie udało nam się zdobyć reszty?! – Generał Guderian był wściekły, jego ludzie mieli co prawda małe straty, ale stracili już w Wiźnie zbyt dużo czasu. W dodatku nie mógł pojąć jak kilkudziesięciu pozostałych przy życiu Polaków może dalej stawiać opór. Jeden z poruczników zaryzykował odezwanie się do dowódcy i powiedział to, o czym myśleli wszyscy.68
- Generale, na drodze stoi nam jeden bunkier, dowodzi nim niejaki porucznik Stanisław Brykalski. Jego ludzie walczą z niespotykanym zaangażowaniem, nie chcą skapitulować. W dodatku resztkami amunicji przeciwpancernej zniszczyli nasz czołg, nie wiemy już jak mamy do nich podejść.
Twarz generała Guderiana poczerwieniała, jego źrenice zrobiły się wąskie, z furią trzasnął on rękami o blat stołu i wykrzyknął: Jesteście wszyscy członkami III Rzeszy! Walczycie dla samego Adolfa Hitlera! Powinniście być gotowi zabijać i ginąć tylko i wyłącznie z jego woli! Tymczasem boicie się jednego porucznika, któremu w dodatku kończy się amunicja. Nad ranem musimy wyruszyć w kierunku Warszawy, jednym szturmem zdobędziemy wszystkie bunkry. Czy wyraziłem się jasno?

W tym samym czasie, bunkier.

- Poruczniku, nie wytrzymamy już długo! Nie mamy już amunicji przeciwpancernej, zwykłych naboi też brakuje. – Młody szeregowy Chocimski był zaledwie kilkunastoletnim żołnierzem. Walczył jednak dzielnie, wiedział co prawda, że przyjdzie mu zginąć z niemieckiej ręki, jednak dopiero teraz naprawdę był tego świadom.
Porucznik Stanisław Brykalski tylko się uśmiechnął. Był dumny ze swoich ludzi. Cieszył się, że przyszło mu umierać wśród tak odważnych żołnierzy. Jednak i oni potrzebowali wsparcia, otuchy.
- Powiedz mi proszę mój drogi, czy twoja rodzina nadal żyje? – młodzieniec przytaknął – No więc masz dla kogo walczyć.
Pomyśl, jeśli dziś zginiesz ty, to może zapewnisz życie twojej matce, ojcu, żonie czy siostrze. Nikt nie chce umierać, to prawda. Jednak ze wszystkich rodzajów śmierci to ta oddana za naszych bliskich jest najpiękniejsza. Nasi ojcowie walczyli za wolną Polskę, nikt nie spodziewał się kolejnej wojny. Ta jednak nadeszła. Musimy być dzielni, musimy pokazać, że nasi przodkowie nie ginęli nadaremno. Mój dziadek zginął podczas I wojny światowej, ojcu udało się przeżyć. I choć teraz już nie żyje, to nauczył mnie jednego, nie żyje się dla siebie, żyje się dla innych. Kiedyś ktoś walczył za nas, teraz my walczymy za kogoś, taki już jest los. Pomyślcie sobie o przyszłych pokoleniach, za kilkadziesiąt lat w szkołach jakiś nauczyciel powie: Była kiedyś wielka bitwa pod Wizną, Polacy stawili opór III Rzeszy, dali nadzieję na dalszą obronę Rzeczpospolitej. – Czy nie warto jest umrzeć dla rodaków? – Chocimski myślał już tylko o swojej żonie i córeczce, tak, pomyślał, warto jest umrzeć za naszych bliskich.

10 września, ranek.

Niemieckie oddziały szturmem ruszyły na resztki sił polskich. Bunkier broniony przez porucznika Stanisława Brykalskiego padł jako pierwszy. Generał Guderian z radości kazał podpalić jego zwłoki. Jednak siły SGO „Narew” dalej walczyły. Już udało im się wytrzymać postanowione dwa dni, z pewnością oddziały w Warszawie zdążyły się już przegrupować. Nikt jednak nie myślał o kapitulacji. Wielu Polaków zginęło, niektórzy (podobno około czterdziestu) dostało się do niewoli. Jednak kilkunastu żołnierzy ciągle strzelało, kilkunastu żołnierzy dalej walczyło w obronie ojczyzny. Ogień wstrzymany, broni się już tylko jeden bunkier, dowodzi nim sam Władysław Raginis. Jego ludzie są wymęczeni, większość jest ranna. Parlamentariusz niemiecki wysuwa Polakom propozycję – generał Guderian w swej łaskawości daruje życie obrońcom spod Wizny, jeśli oni dobrowolnie się poddadzą. Władysław Raginis prosi o czas do namysłu. – Zawsze byłem z was dumny – mówi do swych żołnierzy, jego oczy błyszczą się od kropel łez. – A teraz idźcie, mój czas już nadszedł. Powiedźcie rodakom, że walczyliśmy do końca. - Kilku żołnierzy opuszcza schron, jednak wśród nich nie ma dowódcy. Kilkanaście sekund później do uszu wszystkich dochodzi głośny wybuch. Ktoś w bunkrze odbezpieczył granat.



Historia w dużej mierze oparta na faktach, nieco tylko zmodyfikowana na potrzeby tekstu.

Sabaton 40:1 – polecam do przesłuchania



Porucznik Brykalski w rzeczywistości zginął dzień wcześniej, również zwłoki Raginisa zostały podpalone.

69
CZYTAJ DALEJ

Wojenko, wojenko, nasza ukochana...

Zamiast wstępu, czyli głupi Polak po szkodzie

Wojenko wojenko, cóżeś ty za pani,
że w ciebie nie wierzą, że w ciebie nie wierzą,
Polacy głupawi...

Autor: Super_SoldierPL 

Publikacja za zgodą Soczewki

Jakiś czas temu minister Jacek Rostowski (lub, jak ja go nazywam, Ryjek – nie wiem dlaczego, ale gdy go słucham przychodzi mi na myśl tenże bohater  ,,Doliny Muminków”) omawiając kwestie kryzysu w UE i możliwego jej rozpadu w najbliższym czasie (który to wiele osób wciąż uważa za coś kompletnie nierealnego i niemożliwego), ośmielił się wyrazić opinię, iż doprowadzi on do wojny w europie w przeciągu najbliższych 15 lat, dlatego trzeba zrobić wszystko, co możliwe, by UE i strefę euro ratować i nie pozwolić im upaść. Wkrótce po tejże wypowiedzi zaczęła się burza. Posłowie różnych frakcji politycznych przeciwnych PO zaczęli ciskać gromy w ministra. Jednak nie z powodu głoszenia idei walki naszym kosztem za strefę euro i UE.Powodem, dla którego Pan minister znalazł się w ogniu krytyki, były wspomniane słowa o wojnie. Usłyszeliśmy wtedy, że Jacek Rostowski ,,straszy polaków wojną”, a także sugestie iż ma on problemy z odróżnianiem fikcji od rzeczywistości i żyje w innym, odrealnionym świecie. Sami posłowie Platformy dystansowali się do ,,wojennej” wypowiedzi swojego kolegi.



Ogrom polityków, publicystów, dziennikarzy i społeczeństwa uznał za oburzającą i chorą sugestię, by w naszej stabilnej, zdominowanej przez NATO Europie w ciągu najbliższych 15 lat mogła wybuchnąć jakaś wojna. Toż to słowa szaleńca! Wojna?! U nas?! Nie w jakimś Iranie, Iraku czy innym Tadżykistanie, tylko w cywilizowanej miłującej pokój Europie? Za 15 lat? Nonsens! Panie Rostowski, niech się pan puknie w łeb!
 

Muszę przyznać, że mocno zdziwiła mnie skala krytyki jakiej za to stwierdzenie został poddany minister finansów w rządzie "Platformers-ów", nie mogę jednak powiedzieć, bym był zaskoczony samym jej pojawieniem się.

W przeciwieństwie do większości wyborców, lubię wiedzieć na kogo głosuję. Studiuję poglądy i wypowiedzi polityków, także te sprzed wielu lat (ciekawych rzeczy można się dowiedzieć czytając np. wywiad z Markiem Jurkiem z początku lat 90-tych). Analizuję także programy wyborcze. Robiłem to np. przed niedawnymi wyborami parlamentarnymi. Przeanalizowałem wówczas programy partii, na które wstępnie chciałem głosować – Ruch Palikota, PPP, PJN, KNP, UPR i Prawica RP (startujące razem jako KWP), a także, z ciekawości - SdPL.
Zauważyłem wtedy, że ze wszystkich wymienionych partii, jedynie 2 – Ruch Palikota i UPR, poruszają w programach kwestię Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej – oba w zaledwie jednym punkcie: Ruch Palikota – postulując zmniejszenie o połowę budżetu armii (wymaga zmiany konstytucji), zaś UPR – ogólnikowo wspominając iż uważają Siły Zbrojne za ważny element państwa i podstawowy środek obrony jego suwerenności.

Dokładając do powyższego podejście SLD, PiS i PO w okresach swoich rządów do Polskiej Armii, można stwierdzić, iż obecnie żadna z liczących się partii politycznych nie traktuje jej jako coś naprawdę istotnego, ot balast w budżecie, potrzebny jedynie do pokazowych misji pokojowych. Co prawda Janusz Palikot niedawno wyskoczył z całkiem interesującą propozycją zrobienia z Armią porządku poprzez komisję śledczą, aczkolwiek myślę, iż nie kieruje się on przesłankami patriotyczno-obronnościowymi, a jedynie chęcią znalezienia oszczędności.

Powyższe oraz wspomniana reakcja na słowa ministra Rostowskiego pokazały dobitnie, że Polacy są przekonani, iż żyjemy w czasach może niekoniecznie stabilnych i przewidywalnych, ale z pewnością pokojowych, gdzie najbardziej do wojny zbliżonym zagrożeniem jest terroryzm i nic ponad niego. Niektórzy zapewne uważają zombi-apokalipsę za bardziej prawdopodobną niż normalną wojnę.
Co ciekawe, nawet moja własna babcia, która przeżyła II WŚ, stwierdziła, że na pewno żadna wojna w Europie nie nastąpi wcześniej jak za 100 lat.

Gdy to usłyszałem, zadałem jej jedno pytanie: Czy nie to samo mówili wszyscy w 1932 czy 33 roku? Babcia przytaknęła i zaczęła się nad czymś zastanawiać…

Widzicie, gdyby ktoś z was przeniósł się w czasie do roku 1932 i wygłosił obawy, iż w przeciągu kilkunastu lat może wybuchnąć wojna, zostałby prawdopodobnie wyśmiany jak minister Rostowski. Zaś gdyby zaczął usilnie przekonywać że wybuchnie za zaledwie 7 lat, zostałby okrzyknięty wariatem. Wszak przecież nie ma w pobliżu Polskich żadnych silnych otwarcie wrogich państw –ZSRR jest stosunkowo słaby, targany głodem i kryzysem, stalinowski reżim boryka się ze zwalczaniem protestujących Ukraińców i kułaków. Bojówki Ukraińskich nacjonalistów nie stanowią zagrożenia dla naszego regularnego Korpusu Ochrony Pogranicza. Niemcy nie są wobec nas otwarcie wrogie, owszem, jest ten śmieszny facet, którzy wrzeszczy coś o ekspansji na wschód i złorzeczy na Żydów (podobnie jak większość z nas), ale kto by się nim przejmował – przecież nawet jeśli jakimś cudem wygra wybory, Niemcy mają duże problemy wewnętrzne, no a poza tym na skutek traktatów nie posiadają pełnokrwistej armii. Zresztą, w razie czego mamy przecież sojusz – Liga Narodów nie zostawi nas ot tak. No i armię mamy w skali regionu nie najgorszą. A tak w ogóle, to kto po I WŚ jeszcze ma ochotę bawić się w konflikt? Przecież minęło dopiero 14 lat, a na świecie szaleje wielki kryzys finansowy, nikogo na wielkie wojny nie stać…

4 lata później ludzie przyznaliby już, że wojna rzeczywiście się szykuje – ale wybuchnie najwcześniej w 1943 roku, a do tego czasu ruszy COP i reformy, raz-dwa nadrobimy stratę do Niemców – bo armia w skali regionu nagle zrobiła się taka sobie w stosunku do niemieckiej – i w razie czego wygramy. No i wciąż mamy Ligę Narodów.

7 lat – tyle wystarczyło by z pokojowej Europy, w której ogół społeczeństwa nie wyobrażał sobie jakiegokolwiek konfliktu w rejonie w kolejnym 20-leciu, zrobiło się ogarnięte wojenną zawieruchą pogorzelisko. 7 lat – nie 15 o jakich wspominał minister Rostowski.

Oczywiście rozumiem, nie można tego porównywać, to były zupełnie inne czasy.
Wszak obecnie nie ma przecież w pobliżu Polski żadnych silnych otwarcie wrogich państw – Federacja Rosyjska jest stosunkowo słaba, rządzący Putinowski reżim boryka się z kryzysem i zwalczaniem protestującej opozycji. Białoruś podobnie, z tym że tam kryzys jeszcze poważniejszy, reżim Łukaszenki także boryka się z opozycją. Ukraińscy nacjonaliści, nawet gdyby coś im strzeliło do głowy, nie stanowią żadnego zagrożenia dla nas i naszej regularnej armii. Sama Ukraina nie jest wobec nas otwarcie wroga – owszem, jest ten śmieszny facet, który wrzeszczy coś o odebraniu Polakom Ukraińskiego Krakowa i ekspansji na zachód, a także ogólnie złorzeczy na Polaków i Rosjan, ale kto by się nim przejmował – nawet gdyby jakimś cudem wygrał wybory, Ukraina ma duże problemy wewnętrzne, armię w rozsypce i bez dobrych perspektyw na przyszłość. Zresztą, w razie czego mamy przecież sojusz – NATO nie zostawi nas ot tak. No i armię mamy w skali regionu nie najgorszą. A tak w ogóle kto po zimnej wojnie jeszcze ma ochotę bawić się w konflikt? Przecież minęły dopiero 23 lata, a na świecie szaleje kryzys finansowy, nikogo na wielkie wojny nie stać…

,, Cieszy mię ten rym: Polak mądr po szkodzie:
 lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
 nową przypowieść Polak sobie kupi,
 że i przed szkodą, i po szkodzie głupi..”*

7 lat – pamiętajcie o tym, zanim po raz kolejny zaczniecie wychwalać naszą stabilną i pokojową europejską rzeczywistość…


* Jan Kochanowski, ,,Pieśni”
CZYTAJ DALEJ